Jesienny park nad rzeką, czerwone liście na ziemi i bezlistne drzewa
Alexandra Shchelkunova / Pexels

Listopad to taki miesiąc, który w kalendarzu powinien być zaznaczony na szaro, a w kodeksie pracy figurować jako przestój z przyczyn niezależnych od pracownika. Słońce wschodzi wtedy, kiedy akurat siedzisz na callu, a zachodzi, zanim zdążysz zrobić sobie drugą kawę, więc jedyne słoneczko, jakie masz szansę tego dnia zobaczyć, to to z reportaży Gazety Wyborczej o gimnazjalistach z 2011 roku.

REKLAMA

Ciemność

Pierwsza zasada przetrwania listopada: nie patrz na zegarek. Zegarek kłamie. Zegarek mówi, że jest 16:20, a za oknem trwa coś pomiędzy nocą polarną a transmisją z kolonoskopii. Organizm tego nie rozumie, organizm o 17:00 robi sobie kolację, o 18:30 zakłada piżamę, a o 19:00 leży pod kocem i ogląda na YouTubie filmiki o tym, jak jakiś milioner je kebaba z budy, na którą zawsze sikasz, wracając na piechotę z imprezy, i mówi, czy w tym tygodniu mu smakowało, czy nie.

Kazik kupił sobie w tym roku lampę do światłoterapii za 400 zł, która według producenta symuluje poranne słońce Lizbony. Przez pierwszy tydzień był rzeczywiście jakby weselszy, ale potem wyszło na jaw, że to dlatego, że sklep przez pomyłkę wysłał mu egzemplarz za 1600 złotych. Lampka jak nic nie pomagała, tak nic nie pomaga, ale Kazik twierdzi, że teraz przynajmniej nie pomaga mu w lepszym standardzie.

Sezon grzewczy

W bloku o tym, kiedy zrobi się ciepło, decyduje spółdzielnia, a spółdzielnia ma swój własny kalendarz, zsynchronizowany najwyraźniej z Jemenem. Dlatego kaloryfery przez pierwszą połowę miesiąca są zimne jak serce windykatora, a przez drugą grzeją tak, że cała klatka schodowa siedzi przy otwartych oknach w podkoszulkach (i – umówmy się – nie są to podkoszulki z kolekcji Massimo Dutti).

Jako znani i cenieni juryści od kilku lat mieszkamy w apartamentowcach z recepcją, garażem i zarządcą zamiast spółdzielni, co nie zmieniło absolutnie niczego, poza tym, że informacja o włączeniu ogrzewania przychodzi teraz mailem, po angielsku i dwa tygodnie po fakcie.

Jest też w każdym bloku taki jeden pan z czwartego piętra, który od 1 października co wieczór odpowietrza kaloryfer i stuka kluczykiem w rurę. Długo myśleliśmy, że to zwykła złośliwość, ale Kuba, który w podstawówce był harcerzem przez całe trzy tygodnie, twierdzi, że to alfabet Morse’a i facet od lat nadaje w kółko jedno słowo: „GRZEJCIE”.

Black Friday

Black Friday w Polsce zaczyna się 1 listopada, zaraz jak tylko znicze zejdą z promocji, i trwa mniej więcej do Trzech Króli. Po drodze jest jeszcze Black Week, Black Weekend, Cyber Monday, Black Friday Extended i Black Friday Ostatnia Szansa Serio Tym Razem. Ceny podnosi się we wrześniu, żeby w listopadzie było z czego schodzić.

Zasada jest prosta: każdy, kto mówi wam, że na Black Friday „zaoszczędził 1200 zł”, w rzeczywistości wydał 1800 zł na rzeczy warte 600 zł, o których istnieniu we wtorek jeszcze nie wiedział. Kazik ma w kuchni trzy Thermomixy, w żadnym nikt nigdy niczego nie ugotował. Wszystkie kupił w listopadzie, wszystkie „w cenie, w jakiej drugiej takiej okazji nie będzie”. Twierdzi, że to inwestycja i że za dziesięć lat będą warte tyle samo, co jego kolekcja NFT…

Święta w sklepach

Drugiego listopada w każdym markecie w Polsce dochodzi do zjawiska, które naukowcy nazywają wielką migracją asortymentu. W jednej alejce przecenione o 70% znicze, w drugiej – czekoladowe Mikołaje.

Media nie chcą o tym mówić głośno, ale my jesteśmy przekonani, że w Polsce od 2009 roku krąży jedna i ta sama partia czekolady. Po Wigilii niesprzedane Mikołaje jadą do fabryki, gdzie przetapia się je na wielkanocne zające, a w maju zające wracają z powrotem na Mikołaje. Kazik twierdzi, że jest w stanie rozpoznać rocznik po smaku. Ostatnio odgryzł Mikołajowi głowę, zamyślił się i powiedział, że ten był zającem w 2020 roku, bo smakował jak lockdown.

Ludzie listopada

Listopadowego człowieka poznacie po tym, że od tygodnia ma na sobie ten sam kaszmirowy golf (kupiony oczywiście na Black Friday, „za pół ceny”), na każde pytanie odpowiada „jakoś to będzie, do marca”, a wszystkie plany odwołuje z uzasadnieniem „bo już ciemno”, nawet jeśli plan był na 14:00.

Do tego Instagram. W listopadzie połowa waszych znajomych nagle okazuje się mieć pracę zdalną, oszczędności i bilet na Zanzibar. Przez lata Kuba miał na to prosty sposób: od 1 listopada do 31 marca wyciszał każdego, kto wrzucił zdjęcie stóp na tle oceanu. Lista doszła do 214 osób, w tym jego własnej ciotki, która z niewyjaśnionych przyczyn od emerytury spędza zimy w Hurghadzie. W tym roku problem zniknął, bo polecieliśmy na Zanzibar, a Mark Zuckerberg osobiście zwrócił się z prośbą, byśmy nie wrzucali już więcej naszych stóp do internetu. Ciotka z Hurghady podobno też się pod nią podpisała.

Katecheza #188: Łykać witaminę D, bo tak mówi każdy lekarz i doktor Marek Skoczylas na youtubie. Nie podejmować żadnych życiowych decyzji. Wszystkie złe decyzje w historii naszej redakcji zapadły w listopadzie, łącznie z decyzją o założeniu tego bloga i zakupem NFT przez Kazika.