
Na liście były 84 propozycje i cztery osoby z prawem weta. Kompromis udało się osiągnąć tylko w kwestii tego, że jutro też jest dzień.
Sobotni wieczór państwa Nowickich z bydgoskiego Fordonu zaczął się zgodnie z planem. O 19:00 była kolacja, o 19:20 wszyscy siedzieli na kanapie, a pan Marek trzymał pilota. – Powiedziałem: wybierzmy coś szybko. To był błąd. Kiedy ktoś mówi „szybko”, zawsze ktoś inny mówi „ale nie byle co” – opowiada.
Przez pierwszą godzinę rodzina przeglądała kategorie. Komedie odrzuciła córka, bo „wszystkie są o tym samym”. Kryminały odpadły przez babcię, która „nie będzie się bała przed snem”. Filmy przyrodnicze zawetował syn. Pani Agata zgłosiła sprzeciw wobec wszystkiego, co trwa dłużej niż półtorej godziny, a także wobec filmów, które ktoś już widział, choć poza nią nie widział ich nikt.
O 21:15 udało się wyłonić trzech finalistów. Rodzina obejrzała zwiastuny. Po każdym z nich ktoś stwierdzał, że „właściwie to już wszystko wiadomo”.
Dr hab. Leszek Pilot z Instytutu Decyzji Wieczornych tłumaczy, że to zjawisko powszechne. – Przy ponad dwudziestu opcjach czas wyboru rośnie szybciej niż długość samego filmu. W rodzinie czteroosobowej punkt przecięcia wypada około 21:30. Potem już się tylko wybiera – wyjaśnia.
O 22:40 pan Marek wyłączył telewizor. Rodzina uznała wieczór za udany, bo nikt się nie pokłócił, a wszyscy zgodnie stwierdzili, że film, którego nie obejrzeli, i tak był za długi.
