
Wiadomość wyszła o 11:12. Do 11:16 odpowiedziało sześć z siedmiu osób, a siódma tłumaczy się, że była pod prysznicem.
Mail dotyczył prezentacji na wtorek i liczył dwa zdania. Pod podpisem kierownik dopisał: „Piszę teraz, bo mi się przypomniało. Nie musisz odpowiadać, to może poczekać do poniedziałku”.
– Nikt w firmie nie wie, co to znaczy. Jedni uważają, że to test lojalności. Drudzy, że test zaufania. Trzeci, że kierownik po prostu nie umie wyłączyć laptopa – mówi pani Natalia z działu analiz. Sama odpisała z kolejki w piekarni, z telefonu: trzy zdania i podziękowanie.
Pierwsza odpowiedź przyszła po 90 sekundach i brzmiała „Jasne, już się tym zajmuję”. Druga zawierała gotową prezentację. Trzecia była odpowiedzią do wszystkich z prośbą, żeby nie odpowiadać do wszystkich.
Pan Kamil, który odpisał dopiero o 11:47, ma w poniedziałek spotkanie z działem HR. Jak zaznacza firma, nie jest to rozmowa dyscyplinarna, tylko „rozwojowa”.
Dr Bogumiła Weekend z Instytutu Higieny Czasu Wolnego ocenia, że dopisek „nie musisz odpowiadać” działa w Polsce odwrotnie. – Badamy to od lat. Dopisek wydłuża czas reakcji o zero sekund, ale skraca sobotę średnio o trzy godziny, bo pracownik do wieczora zastanawia się, czy na pewno nie musiał – wyjaśnia.
Kierownik zapewnia, że nie miał złych intencji. W niedzielę wysłał kolejnego maila, w którym podziękował wszystkim za szybkie odpowiedzi i poprosił, żeby w weekendy jednak nie odpisywali. Zespół odpowiedział w trzy minuty.
