
Mieszkaniec Podkarpacia, który od dziesięciu lat śledzi amerykańską politykę dokładniej niż polską, ogłosił we wsi żałobę. Rodzina prosi, by nie pytać go o wyniki z Kansas.
Wyniki napłynęły w nocy z wtorku na środę. Pan Waldemar oglądał wieczór wyborczy na trzech ekranach jednocześnie, w czapce z daszkiem i z flagą Teksasu przypiętą do firanki. Gdy nad ranem amerykańskie stacje podały, że Demokraci przejmują obie izby Kongresu, wyłączył telewizory i zapalił znicz, który został mu po Wszystkich Świętych.
– Mąż nie odzywa się od środy. Je, ale tylko hamburgery, i to bez przekonania – mówi żona, pani Krystyna. – Sąsiad przyniósł mu szarlotkę. Wziął, ale powiedział, że to nie jest szarlotka, tylko apple pie, i że teraz to już nie ma znaczenia.
Kondolencje można składać w remizie OSP od 16 do 18. Wyłożono księgę, do której wpisało się już kilkanaście osób, w tym dwie z sąsiedniej wsi, które myślały, że zmarł ktoś z rodziny. Sołtys zgodził się opuścić flagę do połowy masztu, ale tylko gminną.
Pan Waldemar nie głosował w amerykańskich wyborach i nigdy nie był w Stanach Zjednoczonych. Jak tłumaczy rodzina, to związek oparty na zaufaniu. W 2017 roku wysłał list do Białego Domu i do dziś uważa, że odpowiedź jest w drodze.
– Rozumiemy jego emocje. To jak kibicowanie drużynie z innej ligi, tylko bardziej – mówi pracownik gminnego ośrodka kultury, który prosi o anonimowość. – W 2020 roku było podobnie. Wtedy przez dwa tygodnie przeliczał głosy z Pensylwanii na liczydle.
Pan Waldemar zapowiada, że się nie podda. Jeszcze w środę zamówił nową czapkę i kalendarz z odliczaniem do wyborów w listopadzie 2028 roku. Pierwszą kartkę zerwał od razu, żeby było szybciej.
