
Emerytka uznała, że warzywo za dwadzieścia złotych nie może służyć wyłącznie do straszenia. Rodzina zapowiada, że w przyszłym roku wystraszy się sama.
Pani Bożena z Płocka kupiła w czwartek dużą dynię, którą wnuki miały wydrążyć i podświetlić na sobotni wieczór. W piątek rano dynia nie miała już ani środka, ani pestek, a w garnku stała zupa na sześć porcji.
– Dynia kosztowała dwadzieścia złotych. Gdyby miała tylko straszyć, byłby to najdroższy duch w historii rodziny – mówi pani Bożena, mieszając chochlą.
Wnuki, ośmioletni Antoś i sześcioletnia Hania, dowiedziały się o sprawie przy śniadaniu. – Antoś zapytał, gdzie jest twarz. Powiedziałam, że w zupie, ale bez oczu – relacjonuje babcia. Dzieci zażądały odszkodowania w postaci dwóch ciastek. Pani Bożena zgodziła się na jedno, z uzasadnieniem, że zupa jest sycąca.
Sprzedawczyni ze straganu przy płockim rynku, która prosi o niepodawanie nazwiska, przyznaje, że to nie pierwszy taki przypadek. – W tym tygodniu pięć osób pytało, czy dynię da się zwrócić po wydrążeniu. Tłumaczyłam, że nie, ale jedna pani powiedziała, że to zależy od tego, co się wydrąży – mówi.
Dr hab. Lucjan Miąższ z Instytutu Kulinarnej Tradycji Przejściowej uważa, że babcia postąpiła zgodnie z linią pokoleniową. – Halloween jest świętem importowanym, a zupa dyniowa lokalnym. W każdej polskiej rodzinie przychodzi moment, w którym import przegrywa z garnkiem – ocenia.
Wieczorem wnuki ruszą po sąsiadach przebrane za duchy. Babcia wyposażyła je w termos z zupą, żeby sąsiedzi, którzy nie kupili cukierków, mieli się czym wykupić.
