Samochody zaparkowane przy jesiennej alejce
Kris Møklebust / Pexels

Mieszkaniec Podkarpacia siedzi w samochodzie od rana, żeby w Dzień Wszystkich Świętych nie krążyć po okolicy. Zmianę wart na fotelu pasażera prowadzi szwagier.

REKLAMA

Pan Roman z Rzeszowa zaparkował we wtorek rano na parkingu pod cmentarzem komunalnym i od tej pory nie opuszcza pojazdu. Chce w ten sposób zagwarantować sobie miejsce na niedzielę, kiedy przy bramie, według jego obserwacji, pojawia się „więcej aut niż pamięci o zmarłych”.

– Rok temu krążyłem czterdzieści minut. Skończyło się na pobliskim osiedlu, trzy kilometry od grobu. Tym razem miejsce jest moje, a Zaduszki i tak są dopiero w poniedziałek – mówi pan Roman, przesuwając fotel do pozycji leżącej.

Rodzina wypracowała system zmian. W dzień obiady dowozi mu żona, w nocy zmienia go szwagier, który przy okazji pilnuje zniczy w bagażniku. W środę po południu do auta dołączył siostrzeniec z kocem i termosem. W czwartek ma dojechać wujek z drugiej strony rodziny, który także zamierza zająć miejsce, ale nie wie jeszcze, gdzie.

Strażnik miejski z Rzeszowa, który prosi o anonimowość, przyznaje, że sytuacja jest znana. – Co roku mamy kilku takich panów. Jeden w 2023 roku postawił krzesło turystyczne i parasol. Zgodnie z przepisami nie możemy ich usunąć, bo parkują zgodnie z oznakowaniem. Złamali tylko niepisaną zasadę, że na cmentarz przychodzi się w niedzielę, a nie we wtorek – mówi.

Dr hab. Eugeniusz Zatoka z Instytutu Logistyki Pamięci uważa, że zjawisko będzie narastać. – Miejsc jest coraz mniej, a zmarłych coraz więcej, więc konkurencja o dojazd rośnie szybciej niż konkurencja o grób. W krajach rozwiniętych rozwiązuje się to systemem rezerwacji. U nas rezerwacja polega na tym, że ktoś siedzi w aucie od wtorku – tłumaczy.

W niedzielę pan Roman zamierza wreszcie wysiąść z samochodu. Sprawdzi wtedy, że do grobu jest jeszcze sto metrów, a to oznacza dla niego kolejny problem: gdzie zostawić auto, żeby nikt nie zajął mu miejsca.