
Emerytka co miesiąc prosiła lekarza o receptę na witaminę C, bo przy okazji mogła zobaczyć się z ludźmi. Teraz zapisała się na kurs, na którym witaminę C zażywa się wspólnie.
Pani Krystyna z Sosnowca dowiedziała się z telewizji, że rząd zajmuje się projektem, który usuwa leki bez recepty z listy leków refundowanych. Od dwunastu lat co miesiąc chodziła do przychodni po receptę na witaminę C. Lekarz wypisywał ją w półtorej minuty, a pozostałe dwadzieścia dawało jej okazję do rozmowy z kolejką.
– Witaminę C kupuję w aptece za osiem złotych. W przychodni dostawałam ją za osiem złotych, ale z poczuciem, że ktoś mnie wysłuchał. Tego w cenie nie ma – mówi pani Krystyna.
Rejestratorka z przychodni, która prosi o niepodawanie nazwiska, przyznaje, że w ostatnich dniach liczba osób przychodzących po recepty na leki dostępne bez recepty wyraźnie wzrosła. – Ludzie biorą na zapas. Jeden pan prosił o receptę na tabletki na gardło na sześć lat do przodu. Tłumaczyłam, że sprawa nie jest jeszcze przesądzona, ale odpowiedział, że woli się zabezpieczyć – mówi.
Dr hab. Alojzy Kolejka z Instytutu Socjologii Poczekalni uważa, że problem jest głębszy. – Dla części seniorów recepta na lek bez recepty to jedyna sformalizowana forma spotkania towarzyskiego. Mamy w kraju kilkaset tysięcy osób, które chodzą do lekarza po to, żeby ktoś im przybił pieczątkę. Resort powinien przewidzieć dla nich nową usługę, na przykład bezpłatną pieczątkę bez recepty – ocenia.
Pani Krystyna nie zamierza rezygnować z miesięcznych wizyt. Zapisała się na kurs szycia w domu kultury, a w kolejce do przychodni będzie stała i tak, tylko po nic. Rejestratorka zapewnia, że wyda jej numerek.
