Galerie z drzwiami do mieszkań w bloku
Valentin Ivantsov / Pexels

Grupa dzieci z klatki C zrobiła próbę generalną przed sobotą. Po dwóch piętrach uznały, że kostium działa aż za dobrze.

REKLAMA

Pięcioro dzieci z bloku na łódzkich Bałutach zrobiło we wtorek próbę generalną przed sobotnim Halloween. Zamiast wampirów i duchów wybrały przebranie, które, jak ustaliły po konsultacjach z rodzicami, budzi w dorosłych największy lęk: inkasenta z teczką, identyfikatorem i długopisem na sznurku.

– Zapytali, czego ja się najbardziej boję. Powiedziałam, że dzwonka do drzwi o dziewiątej rano, kiedy ktoś mówi, że jest z gazowni. Zrobili identyfikatory z tektury, pożyczyli od dziadka teczkę i poszli – mówi pani Iwona, mama ośmioletniego Oskara.

Dzieci odwiedziły 32 mieszkania na czterech piętrach. W żadnym nikt nie otworzył. W siedmiu wyłączono telewizor, w trzech zgaszono światło, a pan z trzeciego piętra, jak relacjonują przebierańcy, na czas wizyty przestał oddychać. Jedna z sąsiadek zawołała zza drzwi, że licznik jest w piwnicy, a ona jest na urlopie.

Administrator budynku, który prosi o anonimowość, przyznaje, że po wizycie na klatce zrobiło się niespokojnie. – Do wieczora odebrałem dziewięć telefonów z pytaniem, czy był odczyt. Jedna pani przyniosła mi zdjęcie licznika z 2019 roku i poprosiła, żeby to zamknęło sprawę – mówi.

Dr hab. Teodor Licznik z Instytutu Strachu Mieszkaniowego nie jest zaskoczony. – Wampir czy kościotrup to strach abstrakcyjny. Inkasent jest konkretny, ma termin i może zostawić awizo. Dziecko, które chce przestraszyć polskiego dorosłego, powinno sięgać po figury z codzienności: inkasenta, kontrolera biletów albo panią z administracji z segregatorem – wyjaśnia.

Dzieci zmieniły strategię na sobotę. Przebiorą się za kuriera z paczką. Według ich wyliczeń otworzą wszyscy, a część sąsiadów zbiegnie jeszcze na parter.