
Mieszkaniec wsi zgłosił się na pośrednika w najdłuższym sporze w okolicy. Pobiera opłaty od obu rodzin, a o samej granicy rozmawiać nie zamierza.
Pan Mirosław z gminy pod Łowiczem ogłosił, że jest gotów zaangażować się w najdłuższy spór we wsi, czyli konflikt o płot między dwiema sąsiednimi posesjami. Rodziny od 2014 roku nie mogą ustalić, czy granica biegnie wzdłuż starej siatki, czy pół metra dalej, przy porzeczkach.
Pan Mirosław przyznaje, że zainspirował go prezydent USA Donald Trump, który w niedzielę powiedział, że chciałby robić interesy zarówno z Rosją, jak i z Ukrainą. – Skoro tak się robi na najwyższym szczeblu, to u nas też można. Jednym sprzedam siatkę, drugim słupki, a obu wynajmę betoniarkę. Kto ma rację, to już nie moja sprawa – mówi.
W pierwszym tygodniu działalności pan Mirosław podpisał z obiema rodzinami umowy na dostawę drewna opałowego. Zaproponował też wspólną inwestycję: drugi płot, równoległy do pierwszego, z pasem ziemi niczyjej pośrodku, który sam będzie kosił za opłatą.
Urzędnik z wydziału geodezji starostwa, który prosi o anonimowość, dobrze zna sprawę. – Mamy w niej cztery wznowienia granic, dwie mapy i jedną porzeczkę, która według dokumentów rośnie jednocześnie na obu działkach. Pośrednika na razie nie odnotowaliśmy, ale słyszeliśmy, że ma bardzo konkurencyjne ceny – mówi.
Dr hab. Bolesław Miedza z Instytutu Konfliktów Działkowych uważa, że taki model jest wyjątkowo stabilny. – Pośrednik, który zarabia na obu stronach, nie ma interesu w tym, żeby spór się skończył. Dlatego konflikty o miedzę na polskiej wsi trwają dłużej niż kredyt hipoteczny. Najstarszy z badanych przez nas sporów przeszedł z dziadków na wnuki razem z pośrednikiem – ocenia.
Rodziny nadal nie rozmawiają ze sobą bezpośrednio. Pan Mirosław uważa to za dobry znak, bo każda informacja musi przejść przez niego. W przyszłym tygodniu zamierza zorganizować rozmowy pokojowe. Odbędą się w jego stodole, wstęp 20 zł od rodziny.
