Stary żeliwny kaloryfer pod oknem
Erik Mclean / Pexels

Komunikat przy windzie mówił jasno: ogrzewanie ruszy „w ciągu kilku dni roboczych”. 67-letni emeryt z Targówka postanowił niczego nie przegapić.

REKLAMA

Pan Zdzisław zajął pozycję przy kaloryferze w dużym pokoju w poniedziałek o 6:15. Od tamtej pory odchodzi tylko do toalety i do okna, żeby sprawdzić, czy sąsiedzi z bloku naprzeciwko nie chodzą już po domu w krótkim rękawku.

– Ja muszę wiedzieć, kiedy ruszą. W 2019 roku przespałem i dowiedziałem się od sąsiadki. Do dzisiaj mi to wypomina – mówi.

Żona przynosi mu posiłki i pilnuje, żeby zmieniał rękę, kiedy zdrętwieje. Do środy trzymał lewą, teraz jest na prawej. W nocy wartę przejmują wnuki.

Na klatce rośnie napięcie. Sąsiad z czwartego piętra twierdzi, że u niego grzeje od środy. – Niemożliwe. Woda idzie od dołu, a ja mieszkam na parterze. On kłamie, żeby mnie zdenerwować – ucina pan Zdzisław.

Zdaniem dr. hab. Mariana Ciepłego z Instytutu Termiki Społecznej to zachowanie ma głębokie korzenie. – Dotykanie kaloryfera to najstarszy polski rytuał jesienny, starszy niż kiszenie kapusty. Polak nie wierzy termometrom ani komunikatom spółdzielni. Wierzy tylko w to, co poczuje dłonią – tłumaczy.

Rzeczniczka spółdzielni potwierdza, że ogrzewanie działa w całym budynku od środy. – We wszystkich mieszkaniach poza jednym. Pan Zdzisław od 2011 roku ma zakręcony zawór. Myśleliśmy, że wie.