Lektura zajęła mu 6 godzin i 14 minut. Teraz Marek W. nie może spać, a jego nerka formalnie też nie, bo jest współwłasnością banku.

REKLAMA

Do zdarzenia doszło we wtorek około 23:40. 41-letni Marek W., analityk z Piaseczna, instalował aplikację do zamawiania kebaba. Zamiast zrobić to, co robi każdy rozsądny obywatel, czyli przejechać kciukiem w dół i kliknąć „Akceptuję”, mężczyzna z niewyjaśnionych przyczyn zaczął czytać.

- Nie wiem, co mnie podkusiło. Chyba skończył mi się internet do scrollowania – tłumaczy.

W paragrafie 48 ust. 3 dowiedział się, że zgodził się na przetwarzanie danych przez 1214 zaufanych partnerów, w tym spółkę z Kajmanów, której przedmiotem działalności jest „wszystko”. W paragrafie 112 przeczytał, że sądem właściwym dla sporów jest sąd w Ułan Bator. Z załącznika nr 9 wynikało, że jego pierworodny przechodzi na własność dostawcy usługi w ramach programu lojalnościowego.

– Potem przeczytałem regulaminy pozostałych aplikacji. Od 2017 roku należę do sieci komórkowej, nerka jest współwłasnością banku, a wątroba w połowie platformy streamingowej. W drugiej połowie nie wiem, bo nie doczytałem polityki cookies – wylicza.

Prawnicy nie są zaskoczeni. – Regulamin pisze się po to, żeby nikt go nie przeczytał. To jak instrukcja do szafy z wiadomego szwedzkiego sklepu: istnieje teoretycznie, a w praktyce jest elementem dekoracyjnym – mówi nam mecenas Wojciech S., który zastrzega anonimowość, bo sam zawodowo pisze regulaminy. – Swoich też nie czytam. Klient płaci od strony.

Sprawą zainteresował się urząd ochrony danych osobowych. Rzecznik zapewnia, że zajmie się nią niezwłocznie, gdy tylko pracownicy skończą czytać regulamin systemu do obsługi skarg. Szacowany termin to III kwartał 2031 roku.

Marek W. postanowił wypowiedzieć wszystkie umowy. Najpierw musi jednak zaakceptować regulamin formularza wypowiedzenia. Ma 340 stron.