
Wszyscy znamy Lampo, który jeździł koleją we Włoszech, ale chyba konkurencja depcze mu już po łapkach.
Przygoda, która zaczęła się jak typowy poranny rejs, szybko zmieniła się w prawdziwą akcję ratunkową.
Bohaterami są tutaj koledzy pracujący w firmie Markos zajmującej się połowem ryb. To Marcin Grzegorczyk, Maciej Firlong i Radosław Kowalczyk, którzy pracują w porcie w Ustce. Chłopaki przekonali się, że praca na morzu przynosi niespodzianki. Na przykład można zostać bohaterem jeszcze przed drugim śniadaniem. Zaplanowany rejs miał rozpocząć się jak zwykle: zbiórka w porcie, sprawdzenie sprzętu, a potem wyruszenie w morze. Planów jednak nie udało się zrealizować na czas. Powód? Zamiast morza szumu, ptaków śpiewu i dźwięków typowych dla portu, do uszu trójki kolegów doszedł niepokojący pisk. Okazało się, że to brązowy labrador utknął pomiędzy łodziami, zaplątany w linę cumowniczą. Piesek wyglądał na osłabionego. Trójka mężczyzn rozpoczęła błyskawiczną akcję ratunkową, która zakończyła się sukcesem. Gratulacje!
Po uratowaniu pieska rozpoczęto poszukiwania jego opiekuna. Bardzo szybko ustalono, że jest nim rybak, który akurat był na morzu. W międzyczasie trzej koledzy postanowili zaopiekować się czworonogiem. Zabrali go na pokład i lądowy piesek zmienił się w morskiego wilka.
Po krótkim rejsie po Bałtyku wrócili do portu, gdzie czekał już opiekun czworonoga. Podziękował im za uratowanie swojego przyjaciela w wyjątkowo morski sposób – ofiarowując im siatkę świeżo złowionego dorsza.
Jednego jesteśmy pewni: jeżeli labrador wpadłby do wody, nie pływałby kraulem. Pływałby pieskiem, bo jest pieskiem. I to kochanym. To ASZdziennik, ale to prawda.
