
"Cześć! Fajnie, że wpadłaś!". Trzy gnijące marchewki, seler, por, botwina i pietruszka powitaly zupę pho z tofu dostarczoną przez kuriera. Niech czuje się jak u siebie w domu, one zaraz i tak spadają do kosza!
Włoszczyzna miała inne plany na ten tydzień. Miała spędzić go w krupniku. No ale skoro pho już tu jest, to najwyraźniej trzeba będzie dalej sobie butwieć i gnić w towarzystwie niedojedzonego serka wiejskiego i zwietrzałej resztki coli. Marchewki się nie gniewają. Są może coraz bledsze i suche, ale doskonale wiedzą, że ich właścicielka miała dobre intencje. Samodzielnie zrobiona zupa wychodzi taniej i starcza nawet na kilka dni. Jest pyszna. Bardzo zdrowa. Własnoręczne przygotowanie posiłku od zera jest satysfakcjonujące. Chciałaś dobrze, Magda. To nic, że znowu ci nie wyszło.
W lodówce pachnie coraz dziwniej i chyba to smutna pietruszka zaczyna wątpić w siebie i kwestionować swoją wartość odżywczą. Czy aby na pewno warto było wydawać na nią te pieniądze. Dobrze pamięta, że Magda czuła się odrobinę lepszą osobą, gdy wkładała do koszyka świeże warzywa. Z lekką pogardą patrzyła wtedy na klientów z mrożoną pizzą cztery sery w koszyku. Więc chyba było warto, choćby dla tej krótkiej ekscytacji.
Bo wiadomo, że na zrobienie zupy potrzeba czasu i siły. Trzeba umieć przynajmniej udawać, że potrafi się funkcjonować jak człowiek. Obieranie, krojenie w kostkę, gotowanie kaszy na krupnik. To trudne, ale sam wybór apki z dostawami, potem wybór knajpy, a wreszcie i samej zupy, też można uznać za pewien wysiłek. Niech ci z mrożoną pizzą cztery sery w koszykach nie czują się lepsi.
OK, to warzywa będą się zbierać, bo procesy gnilne gonią. Trzeba spadać do kosza, pa! Pho niech się rozgości. Może zająć miejsce przy niedojedzonych resztek pozostałych czterech zup z tego tygodnia. To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
