
Widziała koncert Davida Byrne'a na Open'erze, "Dziady" Mai Kleczewskiej w Krakowie, była dwa razy na Rammsteinie. Co z tego, skoro to wszystko blednie przy wspomnieniach z wygaszacza ekranu w Windows 98?
Paulina ma pretensję do życia, że wszystko, co najlepsze w kulturze audiowizualnej już za nią. Jej codzienność i życie kulturalne jest teraz wyblakłe niczym ekran czternastocalowego monitora CRT.
Niby w okolicach 35. urodzin zrozumiała, że nic więcej dobrego jej w życiu nie spotka, ale żal i tęsknota za wijącymi się jak kobra nieskończonymi rurkami sprawia, że jej życie jest puste jak... no, jak rurka.
Kiedyś wystarczyło nie ruszać myszką przez minutę (bo Paulina ustawiała sobie wygaszacz ekranu w Windowsie właśnie na minutę), by jej codzienność zamieniła się w hydrauliczno-psychodeliczny spektakl pełen zawijasów, nieoczekiwanych zwrotów akcji, niespodzianek.
Paulina chodzi na spektakle Cirque Du Soleil, oglądała kilka razy "RRR", "Johna Wicka" czy nowego "Top Guna", grała w "Red Dead Redemption 2", ale nawet w sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej i w najbardziej barwny krajobraz z "Horizon: Forbidden West" nie wpatrywała się tak długo, jak w dzieło anonimowych i niedocenionych artystów Microsoftu.
Komu przeszkadzały wygaszacze ekranu? Komu trzeba zapłacić, by znowu zająć miejsce w Golden Circle przed monitorem i godzinami doświadczać rurkowej magii? Czy jesteście w stanie to dla niej zrobić, Live Nation? Zapłaci nawet opłatę serwisową i nie będzie miała pretensji. Zwłaszcza, że to nie jedyne, czego Paulinie w życiu jej brakuje.
Bo bardzo żałuje jeszcze jednego: nigdy nie udało się jej wytrzymać przy ekranie tak długo, by ustalić, czy z tego labiryntu jest jakiejś wyjście.
To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
