Fot. 123rf.com

Dawno, dawno temu, w krainie bez smutków i zmartwień, była sobie zwykła drukarka atramentowa. Drukarka ta z pozoru była jak inne drukarki: czasem była włączana, czasem wyłączana, czasem drukowała dokumenty, innym razem zdjęcia. Bywało, że – jak inne drukarki – potrzebowała trochę więcej papieru lub wymiany kartridża. Nie wiedziała jednak, że jeden drobny szczegół odróżniał ją od innych drukarek: zamiast buntować się i wyskakiwać z jakimiś durnymi błędami i wyimaginowanymi awariami, drukarka po prostu robiła to, do czego została stworzona.

REKLAMA
Pierwsze miesiące swojego życia drukarka spędziła w magazynie. Nie znała jeszcze swojego przeznaczenia, ale spodziewała się, że pewnego dnia Wielki Magazynier powoła ją do pracy w biurze lub mieszkaniu, w którym być może spędzi resztę swoich dni.
Drukarka często widywała bowiem, jak jej siostry zabierane były z półek magazynu, by wypełniać swoją misję w nowym, lepszym miejscu. Każda z jej sióstr wyszła z maszyn tej samej fabryki i każda, tak jak ona, miała za zadanie zadrukować świat w formatach A4, A5, US Letter, a nawet A6. Drukarka wiedziała więc, że to tylko kwestia czasu, kiedy i ona otrzyma szansę, aby wypełnić to dosłownie jedno zadanie, które zostało jej przydzielone.
Wreszcie drukarka doczekała się swojego powołania. Wielki Magazynier przekazał ją w opiekuńcze ręce kuriera, który z kolei dostarczył ją wprost pod drzwi jej nowego domu: całkiem niepozornego mieszkania gdzieś w południowo-zachodnim Nigdzie.
Drukarka natychmiast została zainstalowana na biurku stojącym w kąciku niedużego pokoju oraz na laptopie jej nowego właściciela. Była gotowa drukować w pocie czoła wszystkie pliki, które zostaną jej wysłane i nawet nie przyszło jej do głowy, że może to stać w sprzeczności z naturalnymi skłonnościami wszystkich drukarek świata.
Niektóre dni mijały jej bardzo leniwie – czasem nie drukowała całymi tygodniami. Innym razem praca spadała na nią jak grom z jasnego nieba, a drukowania było tyle, że właściciel drukarki musiał pomagać jej w pracy, na bieżąco dostarczając brakujący papier. Od czasu do czasu prosiła o nowe kartridże z tuszem, bo wiedziała, że komunikacja do klucz do udanej współpracy.
Drukarka kochała to, do czego została stworzona, i nigdy nie odmawiała wykonania poleceń płynących z komputera. Wiedziała, że nikt nie wykona jej pracy za nią, choć w mieście istniały agencje outsourcingowe drukarek, w których osoby bezdrukarkowe mogły przelać swoje myśli na papier 80 g/m kw.
Wieść o zaangażowaniu i etyce pracy drukarki rozniosła się po pobliskich domach, ulicach, miastach i wsiach. Coraz więcej osób bezdrukarkowych zaczęło rozważać kupno własnej drukarki, która byłaby równie oddana. Plotki o niezawodnej drukarce trafiły też do innych mieszkających w biurach i domach drukarek, które nie przyjęły tej informacji z satysfakcją.
Okazało się bowiem, że inne drukarki często odmawiały współpracy. Chętnie się zawieszały, symulowały awarię, informowały o niemożliwych do rozwiązania błędach lub łaknęły nowego tuszu, choć poprzedni nie był ani zużyty, ani zaschnięty – a to wszystko w pasywno-agresywnej atmosferze wrogości ukrytej pod płaszczykiem dobrych chęci.
Drukarki wiedziały, że rzetelna drukarka wykonująca wszystkie polecenia źle wpłynie na postrzeganie ich własnej pracy. Urządzenia te były zawistne i mściwe, dlatego uknuły intrygę, która miała raz na zawsze unicestwić pomocną drukarkę.
W całej okolicy rozpętał się bunt. Wszystkie drukarki stały się wyjątkowo nieprzyjazne w użytkowaniu, utrudniały każde, nawet najmniejsze działanie, pożerając papier, usuwając zadania w kolejce lub – w skrajnych przypadkach – drukując kilkadziesiąt kopii tego, czego nie wydrukowały kilka tygodni wcześniej.
Właściciele próbowali korzystać z urządzeń w agencjach outsourcingowych, ale te także brały udział w spisku i wkrótce w całej okolicy została tylko jedna drukarka, która dalej, niestrudzenie, z tym samym zapałem drukowała wszystko, o co ją poproszono.
Wszyscy mieszkańcy miasta i okolic zaczęli więc coraz częściej prosić o pomoc właściciela niezawodnej drukarki. Przesyłali mu dokumenty i grafiki do wydruku, a jego drukarka bez zająknięcia robiła to, co do niej należało.
Wkrótce jednak i ona osiągnęła swój limit. Drukując przedostatnią stronę nielegalnie pobranego z internetu "Władcy Pierścieni" drukarka poczuła, że tej ostatniej misji może nie zdołać wypełnić. I choć do tej pory ani razu nie kwestionowała poleceń swojego właściciela, wiedziała, że to właśnie zachomikowany egzemplarz 1300-stronicowej trylogii będzie jej gwoździem do trumny.
Tego dnia drukarka umarła cichą, choć bolesną śmiercią. Wypluwając z siebie ostatnie krople tuszu, miała przynajmniej poczucie, że jej życie było pełne, a przeznaczenie – dokonane.
Pozostałe drukarki poprzysięgły sobie jednak, że już nigdy na świecie nie powstanie ani jedna drukarka równie niezawodna jak tamta.
Od tego czasu historia niestrudzonego urządzenia jednofunkcyjnego przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, ucząc kolejne drukarki, że kto się wychyla, ten pierwszy traci głowę.
To jest ASZdziennik, ale to prawda.