
- Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy - wspomina Mariusz, pracownik open space'a w warszawskiej firmie. W trakcie zajścia mężczyzna był akurat w drugim rzędzie osób biegnących przez halę do "Pana Kanapki", który przyniósł im jedzenie.
Tłum głodnych ludzi nie zwracał uwagi na przeszkody w postaci biurek innych pracowników, tego jednego kwiatka w rogu, który miał dodać miejscu "trochę życia" i stojącej kserokopiarki. W chwili, gdy do firmy przychodził "Pan Kanapka" liczyła się przede wszystkim szybkość i zwinność.
Niestety tym razem nie obyło się bez ofiar. Pani Agnieszka z księgowości potknęła się o kabel sieciowy i po chwili znalazła się na ziemi.
- Zależało mi na sałatce z kurczakiem, bo ta najszybciej schodzi - mówi poszkodowana ze stłuczonym kolanem. Biegnący w tym samym czasie koledzy i koleżanki z biura niestety nie zatrzymali się, by pomóc pani Agnieszce.
- Niestety, tu nie ma miękkiej gry - zdradza anonimowo jeden z managerów. - Najsłabsze jednostki zawsze pozostaną w tyle z kubkiem jogurtu naturalnego.
Po firmie chodzą plotki, że podobno można też przynieść do pracy coś, co się przygotowało wcześniej do jedzenia w domu. Ale chyba nikt nie jest aż tak szalony.
To jest ASZdziennik. Wszystkie wydarzenia i cytaty zostały zmyślone.
