Fot. 123rf.com

No i się doigrał. Pan Janusz, prezes dużej agencji reklamowej, od kilku lat ignorował ostrzeżenia jednego ze swoich najstarszych pracowników. Pan Robert, doświadczony senior account manager, co kilka dni powtarzał, że "kiedyś to wszystko pierd*lnie i będzie miał spokój". Aż w końcu jak mówił, tak zrobił.

REKLAMA

- Myślałem, że to tylko jakaś metafora - tłumaczy pan Janusz. - Wiecie, jak się czasem mówi, że nóż się w kieszeni otwiera. To wszystko przecież zwykłe heheszki. Do prezesa już od dłuższego czasu spływały plotki, że jego senior account manager nie jest zadowolony z warunków pracy. Niestety: nie był w stanie zrozumieć dlaczego. Tłumaczył sobie, że przecież Robert spędzał w biurze dużo więcej czasu niż powinien, czyli musiał się tam czuć jak w domu. Każdy szef wie, że praca przez zaledwie 8 godzin dziennie oznacza, że nie ma wcale tak dużo do roboty i nie ma na co narzekać.

- Pozwalałem mu pracować w weekendy - przyznaje pan Janusz. - To sama przyjemność. Sam chciałbym czasem pobawić się trochę w tych tabelkach Excela, ale niestety nie mam na to czasu - dodaje z żalem. Gdy Robert brał ślub, pan Janusz wspaniałomyślnie dał mu pół dnia urlopu. Akurat by dojechać do parafii panny młodej, złożyć przysięgę i wrócić, by domknąć kwartał. A potem, gdy jego żona urodziła dziecko, jego szef zaproponował, że Robert może zacząć przychodzić na nocną zmianę. Wtedy maluch i tak śpi i nie ma z niego żadnego pożytku. - Mieliśmy naprawdę przyjacielską relację. Nawet gdy czasem na niego nakrzyczałem, to nigdy się nie obrażał - wspomina pan Janusz. - Na imprezach integracyjnych, zawsze mogłem na niego liczyć, by odprowadził mnie do pokoju po dobrej wódeczce. Robert na swoim wypowiedzeniu jako jeden z powodów rezygnacj podał też złe warunki finansowe. To też było dla pana Janusza wielkim zaskoczeniem. - Każdego rozliczałem na tych samych zasadach, które wszyscy znali - wylicza prezes agencji. - Przecież nie ma czegoś takiego jak nadgodziny. To tylko oznaczało, że ktoś nie wyrobił się ze swoją robotą na czas. To czemu ja mam do tego dopłacać? Szanujmy się. Zapytany o zasady przyznawania podwyżek, pan Janusz poprosił o zmianę pytania, ponieważ ta kwestia była dla niego szczególnie delikatna. Po dłuższych naciskach przyznał, że co roku, gdy już przyznał podwyżki i bonusy świąteczne członkom zarządu. Dla reszty pracowników nie starczyło i miał zupełnie związane ręce. - Ale w zamian za to mogli liczyć na specjalne benefity - uzasadnia. - W piwnicy zorganizowałem siłownię. Mieli cegły do podnoszenia zamiast hantli. Skakankę z kabla sieciowego. I kilka piłek po moich dzieciach. Podobny sposób znalazł na tak lubiane owocowe czwartki. Kupował hurtowo zupki chińskie. Te z krótką datą ważności zawsze były na przecenach. Jedynie w temacie ubezpieczenia zdrowotnego, nie chciał się wypowiadać. - Jeżeli ktoś jest w stanie być w domu, zrobić sobie obiad, oglądać telewizję i wstawić naczynia do zmywarki, to równie dobrze może popracować zdalnie - podsumował. - L4 to tylko wymówka dla lekarzy, żeby trzepać dodatki do pensji. Zapytany, dlaczego w takim razie nie próbował zatrzymać pana Roberta i wynagrodzić jego dotychczasową pracę, bardzo się obruszył. - Oczywiście, że próbowałem go zatrzymać - wykrzyczał. - Zaproponowałem, że kupię mu myszkę do komputera, taką firmową. I że nie będzie musiał odrabiać czasu spędzonego na piciu kawy przez kolejne dwa miesiące. Co więcej mogłem zrobić? Próbowaliśmy skontaktować się z Robertem, ale otrzymaliśmy od niego jedynie wiadomość SMS o treści: "Mój terapeuta zabronił mi wspominania imienia na J." Pan Janusz obecnie poszukuje kilku stażystów, którzy zrobią to samo co Robert. Tylko że za darmo.

To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.