
Kamienica przy ul. Wschodniej 23 w Łodzi doczekała się rewitalizacji: podłączono ją do centralnego ogrzewania, wyremontowano elewację, w mieszkaniach wymieniono okna – pozostało tylko pomalować ściany. Nikt jednak nie przewidział, że odpowiedzialni za to robotnicy podejdą do tego zadania tak, jak wielu zmęczonych życiem profesjonalistów podchodzi do swoich obowiązków każdego dnia: wykonają niezbędne minimum.
REKLAMA
A sprzątanie przecież się do tego nie zalicza.
Jak dowiedział się Dziennik Łódzki, posprzątanie stosu butelek po wódce leży w gestii właściciela placu sąsiadującego z kamienicą. Właściciel jednak średnio interesuje się tym, za co jest odpowiedzialny, i trudno się z nim skontaktować.
Czy więc naprawdę powinno nas dziwić, że robotnicy nie mieli ochoty wykonywać dodatkowej pracy nie wchodzącej w ich zakres obowiązków i po prostu zrobili tyle, ile mogli w warunkach, które zastali?
No chyba nie. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto choć raz w swojej karierze nie odklepał jakiegoś zadania, byle by było, wiedząc, że dodatkowy wysiłek i tak nie zostanie w żaden sposób doceniony.
Po interwencji Dziennika Łódzkiego administracja budynku zleciła dodatkowe wyrównanie pomalowanej elewacji wraz ze sprzątnięciem butelek.
A jednak malarzy omijających śmieci na zawsze zapamiętamy jako niestrudzonych aktywistów i prawdziwych orędowników wkładania w pracę wysiłku adekwatnego do wynagrodzenia.
I nic ponad to.
To jest ASZdziennik, ale to prawda.
