
Ten zespół do końca życia zapamięta chwilę, gdy na mocy trwających 10 miesięcy negocjacji biznesowych mógł sprawić fanom w Polsce wielką niespodziankę. Sztab dwunastu prawników zadbał, by spontaniczny powrót na scenę zmieścił się w trzech paragrafach, ośmiu specjalnych klauzulach i trzech załącznikach do kontraktu.
REKLAMA
Do zdarzenia doszło, gdy koncert headlinera miał się ku końcowi, a zespół wywiązał się z obowiązkowych 50 minut szalonego show. Ale na tym występ się nie skończył.
– Pożegnaliśmy się z fanami, zeszliśmy ze sceny i ekipa techniczna chciała już zwijać cały sprzęt – relacjonuje gitarzystka. – I nagle prawnicy zaczęli gromko skandować wysokość kar umownych za niewywiązanie się z całego kontraktu z organizatorem, było to słychać na całym backstage'u.
– Byłem totalnie zaskoczony taką reakcją managementu! – ekscytuje się perkusista. – Kiedy powiedziałem, że w sumie to już pojechałbym do hotelu wziąć prysznic, obejrzeć coś na Netfliksie i trochę pospać, rzucili się na mnie i zaciągnęli z powrotem na scenę.
– Wiedziałem, że tak łatwo nie dadzą nam wyjechać z Polski – dodaje wzruszony wokalista. – Zwłaszcza, że ta jedyna piosenka, którą wszyscy przyszli usłyszeć, została zagwarantowana w kontrakcie dopiero na spontaniczny bis.
Jak dowiaduje się ASZdziennik, po wywiązaniu się z umowy zespół poczuł się na tyle dobrze, że naprawdę chciał wyjść na bis.
Niestety: za przekroczenie swojego czasu umowa przewidziała surowe kary finansowe w trzech paragrafach, ośmiu specjalnych klauzulach i trzech załącznikach do kontraktu.
To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
