
Od bladego świtu błąka się z pustym wiaderkiem i powoli traci orientację w terenie. 36-letni Michał P. z warszawskiego Mokotowa zatęsknił za dziką głuszą i wybrał się na grzybobranie, ale nie może znaleźć na Hali Mirowskiej ani jednego prawdziwka.
REKLAMA
Mężczyzna boi się, że ktoś inny odkrył jego tajną miejscówkę i rano wyzbierał wszystkie najbardziej dorodne okazy.
– Nic nie rozumiem, rok temu było ich tu całe zatrzęsienie – nie kryje rozczarowania 36-latek. – Była pani Stasia z prawdziwkami i pan Włodek z kurką, a jak lepiej popadało, to i na pana Zdzisława z kanią można było trafić.
Zacienione stragany w pobocznych alejkach, okolice stanowisk od strony północnej, pod drogerią, mięsnym i salonikiem prasowym. Michał twierdzi, że zaglądał już wszędzie, ale żaden z okazów na które trafił w niczym nie przypominają obrazków z kieszonkowego atlasu 36-latka.
– Jak widzicie po moich kaloszach, nie jestem pierwszym lepszym amatorem, ale od tych których nie znam i nie rozpoznaję trzymam się z daleka - przyznaje Michał, pokazując na smartfonie zrobione rok temu fotografie pani Stasi, pana Włodka i pan Zdzisława.
– Na przykład ta sztuka tam pod parasolem. Niby podobny z twarzy do pana Włodka, ale trzeba wprawy żeby zauważyć te subtelne różnice w wąsie i kolorycie cery – podkreśla, podchodząc i przykładając smartfon do twarzy zaskoczonego sprzedawcy.
Mija już kolejna godzina grzybobrania 36-latka i wszystko wskazuje na to, że wróci do domu z pustymi rękami. Nie jest jednak jedynym warszawiakiem, który narzeka na nieurodzaj.
– Drobnica, panie, sama drobnica – przyznaje inny napotkany na Hali Mirowskiej grzybiarz, rozchylając siatkę ze słoikiem pieczarek marynowanych i mrożonką jesienną Hortexu.
To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
Autora znajdziesz na Twitterze: @lukaszjadas
