
Jedną z "atrakcji" Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie było spotkanie z arcybiskupem Jędraszewskim. Sympatyczny Marek zagrał swoje największe hity: homofobię i rozmywanie odpowiedzialności.
Bycie arcybiskupem Jędraszewskim musi być bardzo trudne. W Polsce jesteś otwarcie homofobicznym liderem religijnym i chodzisz na pasku polityków, a cały naród całuje cię w pierścień. Ale potem jedziesz za granicę. Ludzie nagle przestają poklepywać cię po obwieszonych złotem pleckach i pytają o twoje homofobiczne wypowiedzi. To spotkało pana Marka w Lizbonie, gdzie młodzież zapytała go o wypowiedź à propos "tęczowej zarazy". Okazało się, że jego słowa zostały oczywiście wyjęte z kontekstu, a w ogóle to "marsze tzw. równości, te kpiny z Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej, publiczne, bez jakiejkolwiek żenady, bez jakiegokolwiek sprzeciwu, czy można było milczeć?". No, można było. Jędraszewski zaznaczył, że jego główną troską jest zawsze dobro wierzących i dodał, że "domagał się, aby wolność każdego katolika była uszanowana." Może po prostu wróćmy do czasu, gdzie Kościół dyktuje wszystkim, jak mają żyć?
Pan Marek mógłby być w szoku, gdyby dowiedział się, że cały świat nie kręci się wokół Jezusa, jego matki i Watykanu, a ludzie chcą po prostu żyć w spokoju i nie być oceniani za to, kim są. Arcybiskup na koniec zagrał też kartą "jest dużo homoseksualistów, którym takie parady się nie podobają i ich gorszą". Kto, ilu i gdzie? Nie wiadomo. Na szczęście pan Marek wrócił już do swojego pałacu i może dalej być wielką rybą w małym stawie. Może jeżeli będzie grzeczny, znowu dostanie medal od prezydenta?
To jest ASZdziennik, ale to prawda.
