Fot. MAREK LASYK/REPORTER

Jerzy Stuhr zabrał głos w sprawie kolizji, którą spowodował niespełna rok temu w Krakowie. Potrącił motocyklistę, a miał wtedy 0,7 promila alkoholu we krwi. I choć to dziwne, to chyba te promile jeszcze nie zeszły.

REKLAMA

Jerzy Stuhr w wywiadzie z serwisem Plejada podzielił się swoimi najnowszymi przemyśleniami.

I okazuje się, że w sumie nic się nie stało.

– Tak naprawdę nic nie zrobiłem, więc wewnętrznie jestem kompletnie czysty – mówi Plejadzie Jerzy Stuhr, który jeździł nietrzeźwy po mieście. – Oczywiście denerwują mnie pomówienia i stosunek prokuratury do mojej osoby, która proponowała coraz wyższe kary i chciała mnie zjeść. Pan Ziobro ścigał pół roku

– Powiedzieli, że będą to robić do końca, a ja się zastanawiam: po co? To wręcz filmowa sytuacja, ale chciałbym, żeby już się skończyła - dodał, choć chyba wtedy na ulicy w Krakowie to nie była scena z filmu.

Stuhr dodał, że czuł się opluwany w gazetach, przedstawiany jako wyklęty, a "przecież nikomu nic nie zrobił". To mocna zmiana stanowiska, bo jeszcze wcześniej Stuhr napisał w oświadczeniu tak: "Bardzo żałuję i przepraszam, że wczoraj podjąłem tę najgorszą w moim życiu decyzję o prowadzeniu samochodu. Deklaruję pełną współpracę z organami powołanymi do wyjaśnienia wczorajszego incydentu" - czytaliśmy.

Teraz wychodzi na to, że najgorsza w życiu decyzja o prowadzeniu auta po pijanemu to "nic", bo wszyscy żyją. To dobra wiadomość i odpowiedzialny komunikat dla wszystkich kierowców, którzy też mogą wsiąść za kółko po alkoholu, bo może nic się nie stanie i będą wewnętrznie czyści.

Tak jak ostatnio, też w Krakowie, gdzie w sumie nic by się nie stało, kiedy napie*dolony kierowca wybrał się na przejażdżkę. Gdyby nie ten jebany pieszy...

To jest ASZdziennik, ale to prawda.