Fot. FB/Znajdki

Mówi się na to "żywe alarmy", ale my proponujemy nazwę "czyste sku*wysństwo". Fundacja z okolic Radzymina na Mazowszu opisała metodę znęcania się nad zwierzętami, którą nadal praktykują wiejscy gospodarze.

REKLAMA

Czym są psie "żywe alarmy?" To psy przykute do łańcuchów w szczerym polu. Mają pilnować upraw, najczęściej ziemniaków, przed dzikimi zwierzętami. Zmuszane są do tego od maja do października, w pełnym słońcu.

Te psy całe swoje życie spędzają na łańcuchu. Czasami mają namiastkę schronienia przed słońcem, czasami mają wodę czy jedzenie. Czasami, bo lepiej, kiedy są wściekłe i głodne. Są narażone nie tylko na zabójcze upały, ale także na ataki dzików. Uwiązane na łańcuchach psiaki są bezbronne.

"Żywym alarmem" znalezionym ostatnio przez fundację Znajdki był Pimpuś.

Pimpuś trafił na łańcuch już jako szczeniak. Gdy fundacja go znalazła, sądzono, że to psi senior. A tak naprawdę miał 2 lata i okropnie wyniszczony organizm. Pimpka nie udało się uwolnić z łańcucha bez specjalistycznych narzędzi.

A Pimpuś nie jest przecież wyjątkiem i jedynym "żywym alarmem" na polach.

Dołączamy do apelu fundacji. Jeżeli będziecie latem podróżować po wiejskich szlakach, rozglądajcie się za takimi psimi niewolnikami. Zgłaszajcie je do gmin, na policję, straży miejskiej lub do okolicznych organizacji prozwierzęcych. Jeżeli ktoś nie zadziała lub nie zareaguje, piszcie do mediów. Możecie dać nam znać - pomożemy przynajmniej w nagłośnieniu sprawy albo przekazaniu tematu do odpowiednich służb.

A jeżeli możecie i chcecie wesprzeć fundację Znajdki, ich aktualne zbiórki znajdziecie tutaj oraz na ich Facebooku. To jest ASZdziennik, ale to prawda.