Piotr Molecki/East News

Prześladowania katolików w Polsce nie ustają. Po raz kolejny wpadają w sidła zastawione przez swoich największych wrogów: siebie samych. Tym razem ofiarą własnej hipokryzji padł Jacek Bartyzel, bohater jednej z afer obyczajowych Ordo Iuris.

REKLAMA

Jacek W. Bartyzel (nie mylić z jego ojcem prof. Jackiem Bartyzelem znanym z antysemickich i homofobicznych wypowiedzi oraz miłości do Orbana) przegrał w sądzie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdy niezabawny posmak hipokryzji, jaki unosi się nad sprawą. Jak informuje pani Sylwia Bartyzel, była żona katolickiego działacza, jego małżeństwo rozpadło się, gdy wdał się w romans z koleżanką pracującą w Ordo Iuris. Której mąż też pracuje w Ordo Iuris. Ale to nie ten romans w Ordo Iurius, o którym pomyśleliście. To ten drugi romans w Ordo Iuris. Pani Sylwia informuje, że polityk współpracujący na co dzień z partią Mentzen, Konfederacją i Ordo Iuris (gdzie odpowiada za PR uczelni Collegium Intermarium, co idzie mu chyba znakomicie) przegrał ze swoja byłą żoną proces o „przymuszanie dziecka o chodzenie na lekcje religii".

Pani Sylwia razem ze swoim dzieckiem mieszkają nadal w mieszkaniu polityka. I uważamy, że jest to skandal, że sądy nie pozwalają jeszcze na wywalanie matek z dziećmi na ulicę. Panu Jackowi ta rodzina wyraźnie już się znudziła i jako mężczyzna powinien mieć prawo do odprawienia swojej byłej żony i wzięcia na jej miejsce nowej. Dlaczego nie możemy kochać, kogo chcemy? Warto chyba przypomnieć wypowiedź pana Jacka o społeczności i osobach LGBQT+. Spoiler: nie jest fanem.

Były mąż oskarżył panią Sylwię o coś w rodzaju obrazy uczuć religijnych i „utrudnianie wychowywania dziecka w religii katolickiej". Uważa, że zrobił to tylko po to, by wyeksmitować ją i swoje dziecko. Oprócz tego - jak wynika z relacji - wzywa cały czas policję, by uprzykrzyć jej życie. Wow.

Katolicki działacz jest oburzony zachowaniem byłej żony i przygotowuje się do wejścia na ścieżkę prawną. Niestety dla niego, sądy nie będą rozstrzygały na podstawie prawa kanonicznego, kodeksów watykańskich, ani Starego Testamentu. Na szczęście ma po swojej strony przyjaciół z Ordo Iuris: oni wiedzą jak wspierać takich, jak on.

Wydaje się, że działacze katoliccy są skazania na ciągłe balansowanie pomiędzy sacrum a profanum. Pewnie do końca swoich dni, będą gdzieś między Ordo Iuris a Ordo Amoris.

To ASZdziennik, ale to prawda.