
Solidarność jest piękna i potrzebna. To dzięki niej lokalne społeczności rozwijają się, a duże organizacje trwają przez lata. A czy jest ktoś bardziej jej potrzebujący niż dotykający swoje uczennice ksiądz?
Do pięknego gestu wiary w nieomylność kapłana doszło niedawno na jednej z podkarpackich wsi. Dyrektorka szkoły została zaszczuta, gdy starała się rozwiązać sprawę dotyku na lekcjach religii. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” kobieta przedstawiła chronologię całej sprawy. Kilka uczennic zgłosiło, że ksiądz dotyka je po udach i plecach. Nauczyciele przekazali informację dyrektorce, która poinformowała kurię i zakazał księdzu zbliżać się do szkoły. Podczas spotkania zorganizowanego z rodzicami dzieci była już dyrektorka szkoły, próbowała poruszyć temat. Większość nie uwierzyła w słowa dzieci, ich pedagogów oraz dyrektorki. Uznali, że to atak na niewinnego księdza, a jak argumentowali niektórzy „księża zawsze macali”. Według kobiety nikt nie kwestionował samego zdarzenia. Na początku maja rozpoczęła się akcja mieszkańców przeciwko dyrektorce szkoły. Lokalna społeczność już zdecydowała: dzieci kłamią, a dyrektorka jest zła i ma „wypi***alać". By jej to ułatwić, mieszkańcy podstawili pod szkołę taczkę, na której chcieli ją wywieźć i skakali po jej aucie.
Dzieci spotkał ostracyzm: wytykano je palcami i szykanowano. Po protestach sprawa została umorzona.
Jak to często bywa w tego rodzaju sytuacjach: dyrektorka została zmuszona do opuszczonego zajmowanego stanowiska. A ksiądz jakby nigdy nic wrócił do swojej parafii. Na szczęście nie pracuje w szkole. Jeszcze. Mieszkańcy udowodnili, że ich lojalność jest nie do podważenia. Pokazali, że są niezłomni i gotowi stanąć w obronie swojego kapłana, nawet kosztem prawdy i bezpieczeństwa najmłodszych członków swojej społeczności, a nawet swoich własnych dzieci. To piękne. To ASZdziennik, ale to prawda.
