Fot. 123rf.com, Facebook/Leszek Frelich

Okazuje się, że w ludzkości jest jeszcze nadzieja, choć niezbyt wielka. Kiedy spacerując z córkami, pani Nina zauważyła wpadającego do Odry starszego mężczyznę, jako jedyna zareagowała i rzuciła się mu na pomoc. Reszta obecnych na miejscu osób dalej popijała kawkę, śmiała się i wyciągała telefony, żeby nakręcić śmieszną sytuację.

REKLAMA

Okej, zakładamy, że nie wszyscy świadkowie wypadku byli psychopatycznymi prototypami człowieka. Niektórzy z nich z pewnością zamarli i nie byli w stanie lub nie wiedzieli, jak zareagować – tak jak często ma to miejsce w sytuacji szczególnie stresowej.

Żaden z mechanizmów obronnych człowieka przechodzącego traumę nie przewiduje jednak wyśmiewania osoby, która znajduje się w sytuacji zagrożenia życia, i filmowania traumatycznego zajścia, żeby potem je sobie oglądać i pokazywać znajomym.

— Schodziłam z dziećmi z górki, kiedy minął nas starszy pan, który zaczął się dziwnie telepać. Potknął się w miejscu, gdzie już kończą się barierki, i stoczył się z wysokiej skarpy do fosy. Widziałam, jak uderzył się kilka razy w głowę. Jeszcze ostatkiem sił próbował się utrzymać drzewa, ale półprzytomny wpadł do wody — powiedziała "Gazecie Wyborczej" Nina Dzierzecka z Wrocławia.

— Jego wierzchnie ubranie zakryło mu twarz, na dodatek miał też plecak. Krzyczałam, próbowałam wydawać mu polecenia, żeby odepchnął się nogami, żebym mogła go sięgnąć z brzegu, ale w tym stanie nic już do niego nie docierało. Ludzie zaczęli komentować: "pewnie pijany", śmiać się i wyciągać telefony do nagrywania. W pobliskiej kawiarni nie było ani jednego wolnego stolika, ale nikt stamtąd nie zareagował.

Brzmi okropnie? To jednak nie wszystko! Bo kiedy na miejscu pojawiła się policja, pogotowie i straż pożarna, nikt nawet nie zainteresował się stanem pani Niny, która po samodzielnym wyciągnięciu dorosłego mężczyzny z zimnej wody musiała przejść boso po brzegu, na którym leżało potłuczone szkło. Jak wspomina, ok. 12 godzin później zorientowała się, że jeszcze jeden odłamek nadal tkwił w jej stopie.

Łał, teraz to już chyba nic gorszego nie możemy napisać, prawda? No to zapnijcie pasy! Zanim informacje o czynie pani Niny dotarły do "Gazety Wyborczej", sytuację spróbowała opowiedzieć należąca do Orlenu "Gazeta Wrocławska". Niestety, dziennikarzom propisowskiego pisma i tym razem nie udało się nie minąć z prawdą.

— Zmieszali mnie z błotem. Napisali, że ratownicy udzielali pierwszej pomocy kobiecie, która próbowała ratować tonącego mężczyznę, bo była pod wpływem środków odurzających. To była nieprawda! Ratownicy udzielali pomocy pani, która siedziała wcześniej nad fosą i przez używki akurat w tym czasie zasłabła. Ale nie miała nic wspólnego z ratowaniem tonącego. Ja tej pani nie oceniam, bo nie wnikam, co drugi człowiek robi ze swoim życiem. Ale ta sytuacja sprawiła wiele przykrości mnie i mojej córce, bo jej koledzy ze szkoły przeczytali ten tekst i śmiali się z niej, jaką to ma matkę — mówiła mama 11-latki i 15-miesięcznej dziewczynki.

Wnioski nasuwają się same: nie bądźmy jak ludzie śmiejący się z cudzego nieszczęścia z telefonami w ręku. Nie bądźmy jak pracownicy służb ratunkowych, którzy wydają swoim podwładnym polecenie nieratowania potrzebujących. Nie bądźmy jak dziennikarze "Gazety Wrocławskiej".

Bądźmy jak pani Nina.

To jest ASZdziennik, ale to prawda.