
Czy 10-godzinny tydzień pracy jest możliwy? Tak! Udowodniła to 27-letnia Paulina z Łodzi. Kobieta jako jedyna nie jest na urlopie. Efekt? Brak durnego small talku sprawił, że pracę zaplanowaną na osiem godzin skończyła w dwie!
To był wyjątkowy dzień pracy.
Nikt ani razu nie zapytał Pauliny, jak jej minął weekend, bo nikogo nie było w pracowej kuchni. Normalnego trybu pracy nie przerwało żadne spotkanie robione tylko po to, by odhaczyć, że zrobiło się spotkanie. Paulina czuła się w biurze się prawie tak dobrze, jak na home office.
- Szef też wziął wolne i nie wtrącał mi się w zadania - tłumaczy 27-latka, która dzięki majówce mogła zająć się swoją pracą.
Po raz pierwszy od trzech lat nikt nie przerywał Paulinie pisania raportu pytaniem o jakieś fajne seriale, nie stukał nerwowowo palcami w blat biurka, a ze słuchawek koleżanki ze stanowiska obok ani przez chwilę nie słyszała zbyt głośnej muzyki.
Bo na stanowisku obok nie było żadnej koleżanki.
Paulina samodzielnie obroniła tezę, że 40-godzinny tydzień pracy to archaiczny konstrukt sprzed 100 lat i całkowity przeżytek.
Wystarczy zapewnić pracownikom godne i wolne od small talku oraz innych ludzi warunki pracy, a dwie godziny dziennie wystarczą, by wykonać pracę zaplanowaną na 8 godzin. I to z przerwą na lunch i dwie kawy.
Paulina wierzy, że jej wysiłek zostanie doceniony, bo udowoniła, że trzeba pracować sprawnie i mądrze, a nie długo i ciężko. I ma rację: szef to doceni.
Szykuje już premie dla osób, które wzięły sobie urlop, by Paulina mogła normalnie popracować.
To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
