
Ulewa jest jej siostrą, strumień bratem, a każde z żywych stworzeń to jej druh – tak przynajmniej myśli o sobie 33-letnia Magda z Warszawy, która podczas jednego z rzadkich spacerów po lesie zauważyła, że siedzi na niej około czterdziestu siedmiu komarów.
Choć sama nie pamięta, kiedy ostatni raz przechadzała się wśród dzikiej, niezasianej przez Zarząd Zieleni Miejskiej przyrody, Magda jest przekonana, że właśnie tutaj jest naprawdę sobą.
Na wszelki wypadek zabrała ze sobą telefon, ale nie sprawdza bez przerwy wibrujących w jej tylnej kieszeni powiadomień. To pewnie znajomi, którzy nie potrafią – w przeciwieństwie do niej – odciąć się od luksusów współczesnej technologii.
Zamyka oczy i bierze głęboki oddech, tak jak uczono ją na lekcjach medytacji. Trzy, cztery, pięć... Trzyma przez pięć... i powoli wydech: raz, dwa, trzy, cztery, pięć.
Powtarza to jeszcze trzy razy, po czym otwiera oczy i rozgląda się dookoła. Spomiędzy gałęzi na runo leśne nieśmiało przenikają promienie przedpołudniowego słońca. Tak, mimo długiego weekendu wstała specjalnie przed południem, aby nacieszyć się bliskością z naturą.
Nagle czuje delikatne ukłucie w przedramię. Odruchowo uderza dłonią w bolące miejsce.
W sumie to powinna była się spryskać czymś z DEET, jak dziesięć lat temu radził Cejrowski w swoim programie o wyprawach w tropiki. Tu na pewno roi się od tych krwiożerczych oblechów.
Po chwili jednak 33-latka reflektuje się: – Nie powinnam patrzeć na zachowania komarów z agresją. Jesteśmy połączonym z sobą światem, a natura ten krąg życia wprawia w ruch.
W tym czasie na jej odsłoniętych kostkach i ramionach trwa prawdziwa uczta. Komary nie wnoszą sprzeciwu.
To jest ASZdziennik. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone.
