Fot. 123rf.com

Gracze na całym świecie ponownie czekają na polską produkcję. I nie chodzi tu o kolejny patch do Cyberpunka, a o drugą część serii Dying Light. Twórcy nowej odsłony postapokaliptycznego horroru właśnie ogłosili, że aby przejść ją w 100 proc., będzie potrzebne conajmniej 500 godzin.

REKLAMA
Dla 28-letniego Tomasza z Białegostoku to duży problem. Jest fanem serii i chciałby przejść grę od początku do końca, ale na drodze do zdobycia wszystkich achievementów stanęło mu surowe prawo pracy.
- Wiem, nie powinienem narzekać, bo jestem na umowie o pracę - przyznaje Tomasz. - Łączę się w bólu z Patrycją, Wojtkiem, Agnieszką i Marcinem, bo mieliśmy grać w co-opa, ale oni są na śmieciówce i nie mają nawet prawa do urlopu.
Pracownicy działów HR z całego kraju przyznają, że pracownicy masowo składają wnioski urlopowe na luty. I tym razem nie są to fani sportów zimowych.
- Jeżeli skrócę sen do trzech godzin na dobę, to skończę połowę sidequestów do grudnia - optymistycznie wylicza Ola z Warszawy, która oprócz konsoli ma także życie osobiste. - Mój narzeczony ciężko zniósł decyzję o przełożeniu podróży poślubnej, ale mówi się trudno: on i tak od 5 lat grał tylko w Stardew Valley i słaby był z niego pożytek w drużynie.
- Zresztą kto teraz wychodzi za mąż? - dodaje.
Fani Dying Light jeszcze nie wiedzą, czy ich szefostwo będzie na tyle wyrozumiałe, że wybaczy im kilkumiesięczny urlop na żądanie.
I stanowczo zaprzeczają oskarżeniom, jakoby trzymali kciuki za kolejny lockdown.
To jest ASZdziennik i tylko wnioski urlopowe zostały zmyślone.