Fot. GWL LUBL JO

Hej, a pamiętacie wypadek Beaty Szydło z zeszłego roku? Kiedy opancerzona, wyposażona w klatkę bezpieczeństwa, jadąca z przepisową prędkością 50 km/h limuzyna uderzyła w drzewo? Rzecznik rządu powiedział wtedy, że premier "nic poważnego się nie stało". Właśnie się okazało, co to naprawdę oznaczało.

REKLAMA
"Rzeczpospolita" dotarła do wniosku krakowskiej prokuratury o warunkowe umorzenie postępowania wobec Sebastiana K., którzy rzekomo spowodował wypadek. Są w nim zawarte opisy obrażeń, jakich doznała Beata Szydło.
Ale najpierw przypomnijmy, co mówił rzecznik rządu, Rafał Bohenek po wypadku, w 2017 roku:
"Pani premier przechodzi rutynowe badania w jednym z małopolskich szpitali. Na szczęście nic poważnego pani premier się nie stało."
Tymczasem rok później okazało się, że "nic poważnego" to według prokuratorskich akt:
"Złamania mostka i obustronne złamania kilku żeber ze zranieniem opłucnej, stłuczenia serca i miąższu płucnego."
I teraz zagadka. Jeśli w 2018 słyszymy od wicemarszałka Senatu, Adama Bielana:
"Poza kontuzją kolana, którą ma już z większym lub mniejszym natężeniem od wielu miesięcy, Jarosławowi Kaczyńskiemu nic nie dolega. "
To co to będzie oznaczać w 2019 roku?
logo
To jest ASZdziennik, ale Beata Szydło naprawdę miała złamane żebra i mostek.