Fot. ASZdziennik

Nie ustają kontrowersje wokół polskiego wydania "Vogue'a". Z treści pierwszego numeru pisma wynika, że krajowa redakcja opracowała szokujący sposób otrzymywania treści o modzie i stylu. Do rąk czytelników oddali 360 stron bez wzmianki o Jessice Mercedes i hasztagu #fashionblogger – dowiaduje się ASZdziennik.

REKLAMA
To pierwsze w historii współczesnego szafiarstwa czasopismo, które zdecydowało się na tak radykalne rozwiązanie.
Jak dotąd blogerzy z pokolenia "Z" uważali, że uzyskanie opiniotwórczych treści o modzie nie jest możliwe bez filtra Clarendon i sponsorowanych transmisji na Snapie.
– Wielu internautów krytykuje okładkowe zdjęcie z PKiN, ale największą wpadką "Vogue'a" jest to, że jego publicyści wierzą w dowody na istnienie mody pozablogerowej – przyznaje Klaudia Antosiewicz, warszawska wizażystka i stylistka gwiazd. – Otwarcie twierdzą, że trencze od Michaela Korsa i jedwabne płaszcze Burberry dobrze leżą także na modelkach niezwiązanych ze środowiskiem Instagrama.
logo
Dotychczas sądzono bowiem, że jeżeli pod zdjęciem stylizacji nie pojawia się co najmniej 1,5 tys. interakcji i serduszek, to nie kreują one trendów.
Twórcy "Vogue'a" otwarcie zapewniają, że żadna z 360 stron polskiego wydania nie była testowana na blogerkach. Ostrzegają jednocześnie, że w redakcji w której powstaje pismo przegląda się w wolnych chwilach profile szafiarek.
Na ostatniej stronie pisma pojawia się zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami BHP pojawiło się ostrzeżenie o ryzyku wystąpienia śladowych ilości inspiracji od Jessiki Mercedes i Maffashion.
To jest ASZdziennik, ale w polskim "Vogue'u" naprawdę nie ma blogerek modowych.