
Bartek był załamany. Nie cieszyła go lutowa premiera "Kształtu wody" Guillermo del Toro. Nie czuł ekscytacji na myśl o uznanej przez krytyków "Czwartej Władzy" ani "Lady Bird" z 99% na Rotten Tomatoes. Bo właśnie zobaczył film, którego w 2018 nic już nie przebije.
REKLAMA
Bartek poszedł na "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" w zasadzie przypadkiem. Zobaczył, że film wygrał Złotego Globa za najlepszy dramat i z ciekawości sprawdził, kiedy będzie polska premiera. Dopiero drugiego lutego, ale Bartek zauważył, że właśnie grają go przedpremierowo. Więc kupił bilet.
– Martin McDonagh nakręcił fajne "In Bruges", ale potem sporo słabszych "7 psychopatów", więc jakoś specjalnie się nie nastawiałem – mówi Bartek. – Gdyby ktoś mnie wtedy ostrzegł...
Bartek wiedział tylko, że historia opowiada o matce zgwałconej i zamordowanej nastolatki, która 7 miesięcy po tragedii wystawia tytułowe trzy billboardy za miastem, z których oskarża szefa policji o bezczynność.
Nie miał pojęcia, że zobaczy niesamowitą opowieść o bólu, poczuciu straty i nakręcającym spiralę przemocy gniewie, ale też nadziei i miłości. Nie spodziewał się połączenia dramatu, kryminału, współczesnego westernu i komedii tak czarnej, że zostawia odciski palców na węglu.
– Film tak mnie wbił w fotel, że po seansie musiałem prosić obsługę kina, żeby mnie wyciągnęła – opowiada mężczyzna. – Reżyser mistrzowsko na zmianę buduje i rozładowuje napięcie. W jednej chwili jesteś przytłoczony i przerażony, sekundę później wybuchasz śmiechem. W mgnieniu oka przeskakujesz między powagą a groteską. Jaki inny film w 2018 da mi chociaż namiastkę takiego rollercoastera?
Kiedy do tego wszystkiego Bartek wspomina błyskotliwe dialogi, doskonale zbudowane, nieoczywiste postaci i świetne kreacje aktorskie, jego głos się łamie, a w oczach pojawiają się łzy.
– B-błagam, nie popełniajcie tego błędu, nie idźcie na "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" albo skończycie jak ja – apeluje.
To jest ASZdziennik, ale "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" naprawdę są tak dobre.
