Dramat Mordoru na Domaniewskiej. Prąd rzucił korpo i wyjechał w Bieszczady

No i po prądzie. Korki zostały same.
No i po prądzie. Korki zostały same. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta / Pixabay.com
Słynny Mordor na Domaniewskiej i pół Mokotowa wraz z centralnym ośrodkiem kultury w Galerii Mokotów muszą działać bez prądu. We wtorek przed południem bez żadnej zapowiedzi prąd zniknął. Znajomi z elektrowni twierdzą, że rzucił korpo i wyjechał w Bieszczady.

– Prąd rzucił korpo i prawdopodobnie wyjechał w Bieszczady – dowiaduje się ASZdziennik od swoich informatorów z Mordoru na Domaniewskiej.

Nic nie zapowiadało tej nagłej decyzji. Świadkowie twierdzą, że w pewnym momencie wysiadł internet, padły projektory w środku prezentacji, a ekspres do kawy wydał ostatnie tchnienie tuż przed zakończeniem 15-minutowego procesu zaparzenia americany.

Niektórzy świadkowie twierdzą, że tuż przed wyłączeniem zasilania na ekranach ich komputerów wyświetlił się mem dotyczący tak zwanego work life balance z cytatem z Paulo Coelho: "Praca jest darem, kiedy pomaga zrozumieć, co robimy, ale może być przekleństwem, kiedy staje się ucieczką przed pytaniem o sens życia".

Jak dowiaduje się ASZdziennik, w wielu korporacjach tuż po tym, jak pracownikom udało się wywalczyć ogień, ruszyły wewnętrzne śledztwa, które wykazały smutną prawdę.

– Gość jako jedyny nie miał urlopów, zapieprzał siedem dni w tygodniu, nawet w święta ktoś widział, jak zamiast iść do domu zasilał te bezsensowne iluminacje na recepcji – ujawnia jeden z pracowników, którzy widzieli wstępny raport.

Z naszych informacji wynika jednak, że ucieczka w Bieszczady - lokalne elektrownie od dziś mają dwa razy więcej mocy - wcale nie wynikała z przepracowania.

Jego znajomi twierdzą, że prąd miał już dość korków.

To jest ASZdziennik, ale prąd naprawdę uciekł z Mordoru.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...