PILNE MAMY DZIŚ JESZCZE DUŻO SUPER RZECZY. KLIKNIJ I ZOBACZ.

Nie słuchaliśmy nowej płyty U2. Napisaliśmy recenzję nowej płyty U2

Fot. Wikimedia Commons
Też macie czasami wrażenie, że młodzi artyści nie mają nic do powiedzenia wychowanemu na Trójce odbiorcy? Że cała współczesna muzyka brzmi dziś tak samo, a ostatni prawdziwi muzycy urodzili się w latach 60. i grali na prawdziwych instrumentach zamiast wrzucać na Bandcampa to, co wyplują im laptopy? Że od ostatniej płyty U2 nie ukazała się żadna dobra płyta?

Jeżeli przynajmniej dwa razy odpowiedzieliście sobie "tak", to pewnie za wyjątkiem Coldplay nienawidzicie już muzyki, ale desperacko próbujecie sobie jakoś udowodnić, że nie straciliście kontaktu z popkulturą.

Głowa do góry. Z pomocą znów przychodzi nam Bono i "Songs of Experience", najnowszy album grupy U2. Przez ponad 50 minut i 13 utworów ulubiony zespół ludzi którzy uznali, że koniecznie muszą mieć jakiś ulubiony zespół, przenosi nas w świat wyeksploatowanych tematów i emocji przepracowanych przez trzynaście ostatnich płyt. Każdy kto pamięta, dla kogo i kiedy Bono napisał "Sunday Bloody Sunday", poczuje się jak u siebie w domu podczas słuchania "Songs of Innocence", bo "Songs of Experience" właściwie brzmi pewnie tak samo.

"Biegliśmy w deszczu,
nadziębiłem się trochę.
Lato miłości mnie oszukało,
jak będziesz wracać z pracy to kup mi Fervex"

"Summer of Love", tłum. ASZdziennik

Album otwiera monumentalny "Love Is All We Have Left", list miłosny napisany tak okrągłymi zwrotkami, że można zamieścić je zarówno na motywującym memie z krajobrazem zachodu słońca nad Appalachami jak i w haśle wyborczym samorządowej kampanii Nowoczesnej. Ten sam sprawdzony w pozostałych 243 swoich piosenkach patent Bono wykorzystuje zresztą w "You're the Best Thing About Me", której tytuł brzmi tak jakby nawet Sting kuszony wielkimi pieniędzmi nie chciał wziąć go na swój warsztat.

Bono nie byłby też sobą, gdyby nowego albumu nie wykorzystał do mocnego wystąpienia politycznego. W epickim stadionowym hymnie "Red Flag Day" alarmuje o czymś dla niego ważnym, ale nie chcąc zaniżać sprzedaży płyty wśród fanów ze środowisk konserwatywnych i liberalnych słusznie unika ostrych słów i polaryzujących opinii. Choć nie przesłuchałem płyty, czułem się jakbym ją przesłuchał: zupełnie nic nie zapamiętałem.

"Przed wymianą gniazdka elektrycznego
sprawdźcie je próbnikiem prądu.
W razie czego znam dobrego elektryka,
jak powołacie się na mnie to na pewno nie odstawi fuszerki,
a może nawet da zniżkę, jakieś 10 procent,
tylko pamiętajcie żeby powiedzieć że mnie znacie."

"Lights of Home", tłum. ASZdziennik

Podobne wrażenia towarzyszyły zamknięciu płyty. W utworze "13 (There Is a Light)" równie ekscytujące jak piętnasta solówka Edge'a są nawiasy w jej tytule, spotkane wcześniej tylko w utworze "The Showman (Little More Better)". Na poprzedniej płycie nawiasy występowały w aż czterech tytułach, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Liczę na więcej nawiasów w edycji specjalnej na podwójnym winylu.

"Songs of Experience" to udany powrót Bono, który po raz kolejny udowadnia, że do końca nie odnajduje się ani w działalności charytatywnej, ani w muzyce. W przeciwieństwie jednak do jego fundacji, która ubogim oddaje 1,2 proc. swoich przychodów, dochody ze sprzedaży "Songs of Experience" trafią w całości na konto grupy. Dzięki temu jest nadzieja, że U2 zdoła powstrzymać się od powrotu do studia na długie lata.

"Poleci ktoś
jakiś dobry
serial na Netfliksie?"

"The Blackout", tłum. ASZdziennik

Nasz werdykt: 10/10. Idealny prezent bożonarodzeniowy kupowany w Empiku 24 grudnia o 13:30 dla osoby o której zapomnieliśmy, bo do ostatniej chwili w rodzinie trwała zażarta dyskusja czy na pewno po "epizodzie" z zeszłego roku chcemy zaprosić ją w tym roku na wigilię, a która nienawidzi już muzyki, ale desperacko próbujec sobie jakoś udowodnić, że nie straciła kontaktu z popkulturą.

To jest ASZdziennik, ale naprawdę nie słuchaliśmy nowej płyty U2.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...